O pożytku płynącym z nielegalnego budżetu

PiS poszedł w zaparte, nielegalny budżet uznał za legalny i przypieczętował podpisem Prezydenta. Opublikowany w Dzienniku Ustaw lada moment wejdzie do polskiego systemu prawnego jak każda inna ustawa. Dla Kaczyńskiego, który jest gotów zaakceptować niższy wzrost gospodarczy za cenę realizacji swojej wizji Polski, to koniec sprawy. To będzie także koniec szerokiej, czasem merytorycznej, a często bardzo emocjonalnej, publicznej dyskusji o legalności 33. posiedzenia Sejmu RP. Niestety to nie koniec problemu, w jaki wpędziła Polskę partia rządząca.

Nie spodziewam się oczywiście żadnej apokalipsy w najbliższych dniach czy tygodniach. Mam też nadzieję, że najważniejszą konsekwencją tego nielegalnego budżetu będzie przegrana PiSu w kolejnych wyborach parlamentarnych. To perspektywa dość odległa, ale przecież pozytywna dla Polaków, którzy nie zaakceptują kolejnej kadencji rządów bezprawia. Zbyt żywe są wspomnienia PRL-u i fasadowych instytucji państwa, w którym de facto rządził I Sekretarz PZPR, tak jak dzisiaj rządzi Polską Jarosław Kaczyński.

Tak więc, z punktu widzenia powrotu Polski na ścieżkę praworządności, paradoksalnie każde przekroczenie prawa i złamanie Konstytucji przez PiS, zwiększając szanse opozycji na wygraną w kolejnych wyborach, przybliża nas do normalności.

Gorzej niestety będzie z punktu widzenia rozwoju gospodarczego Polski, i to z kilku powodów.
Fakt, że nie ma przepisów unijnych, na podstawie których można by wstrzymać środki dla państwa, które ma nielegalny budżet, nie powinien być dla rządu PiS szczególnym powodem do radości, bo nie ma takiego przepisu tylko dlatego, że nikomu do głowy nie przyszło, że demokratyczne państwo (a tylko takie mogą być członkami UE) może mieć budżet uchwalony niezgodnie z obowiązującym prawem. Nigdy dotąd w historii UE nie było bowiem takiego precedensu.

Niestety Unia interesuje się budżetami swoich członków i to z kilku powodów. Najistotniejszym powodem będzie to, że do końca 2017 roku musi powstać unijny budżet na kolejną perspektywę finansową 2021-2026. To znaczy, że Polska będzie uczestniczyć w najważniejszych rozmowach decydujących o polityce spójności, o kwotach dla poszczególnych państw, jako kraj, w którym budżet państwa przyjęty został z naruszeniem Konstytucji, w atmosferze skandalu wywołanego przez Marszałka Sejmu. Czy siedzący przy stole przedstawiciele innych państw nie będą chcieli wykorzystać tego faktu? To ryzyko, które stoi przed nami.

Naszym budżetem Unia zainteresuje się jeszcze raz, gdy w połowie przyszłego roku będzie sprawdzać, czy przestrzegamy reguł Paktu Stabilności i Wzrostu, tzn. czy nie przekroczyliśmy dopuszczalnej granicy deficytu 3% PKB. Wielu ekonomistów obawia się, że tę granicę przekroczymy. Co wtedy? Czy "mętna woda" wokół budżetu 2017 r. nie sprawi, że decydujący o nałożeniu procedury nadmiernego deficytu będą bardziej pryncypialni i stanowczy? To kolejne ryzyko, na które naraził nas PiS.

Do tego trzeba dodać słowa Przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, które odnosiły się do obecnej perspektywy, bo środki wynegocjowane przez poprzedni rząd nie są dane "z góry". O każdą transzę Polska występuje dokumentując wydatki, a urzędnicy unijni podejmują decyzję o tym, czy są to wydatki kwalifikowane, czy nie. A przecież jest jeszcze Brexit, uchodźcy i kilka innych problemów, w rozwiązaniu których Polska Unii nie pomaga, mówiąc językiem dyplomatycznym. Można tylko mieć nadzieję, że problemy te nie spowodują rewizji budżetu w obecnej perspektywie, bo to byłaby materializacja następnego ryzyka.

Oprócz "unijnych" są niestety także inne zagrożenia. W budżecie zapisane są wydatki poszczególnych ministerstw i instytucji. To podstawa do wydatkowania środków publicznych, także w drodze przetargów. Co się stanie, gdy inwestor niezadowolony z rozstrzygnięcia wielomilionowego, a nawet wielomiliardowego, przetargu odwoła się do polskiego sądu albo międzynarodowego arbitrażu? Czy wadliwa podstawa prawna wydatkowania środków finansowych nie będzie wystarczającym powodem do unieważniania takich rozstrzygnięć?

Inwestorzy to także nabywcy skarbowych papierów wartościowych emitowanych w granicach limitów określonych w ustawie budżetowej. Oczywiście nie ma obaw, że polskich obligacji emitowanych w 2017 r. nikt nie kupi. Pozostaje jednak pytanie, za jaką cenę? Już dzisiaj po roku rządów PiSu, zamiast ponad 2% za tzw. dziesięciolatki, niedawno płaciliśmy prawie 4%. A nielegalny budżet wiarygodności Polski nie podnosi. Tak jak nie podnosi jej informacja, która obiegła już świat, że w polskim parlamencie wyklucza się posłów opozycji z posiedzenia Sejmu.

Zatem ryzyko utraty wiarygodności już się zmaterializowało, pozostałe zagrożenia na szczęście nie muszą się zmaterializować, ale niestety mogą.

I pomyśleć, że mogliśmy tego wszystkiego uniknąć, wystarczyło odłożyć głosowanie nad budżetem na kolejne posiedzenie Sejmu, w którym wykluczony poseł brałby udział, a media byłyby znowu na sejmowej galerii.

I pomyśleć, że biernymi obserwatorami zdarzenia, w którym zapiekłość PiSu wzięła górę nad odpowiedzialnością za państwo, byli Premier polskiego rządu i Wicepremier odpowiedzialny za finanse publiczne i gospodarkę.

Tak, jestem głęboko przekonana, że ten fakt znacząco zwiększa szansę opozycji na wygraną w następnych wyborach parlamentarnych.
Trwa ładowanie komentarzy...